1 2 3 4 5 6 7 8 9

Improwizowany samochód pancerny „Kubuś” jest jednym z najbardziej charakterystycznych symboli Powstania Warszawskiego – i co bodaj jeszcze ważniejsze – jednym z nielicznych dzieł powstańczej myśli technicznej, jakie przetrwały czas działań zbrojnych, klęskę powstania oraz okres powszechnego szabru. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności powstańcza pancerka przeleżała do chwili jej odnalezienia pod gruzami zawalonego warsztatu, w którym remontowano powstańczy sprzęt pancerny i przygotowywano się do skonstruowania następnego samochodu pancernego.

Wprawdzie realna wartość bojowa „Kubusia” w warunkach walki w terenie zurbanizowanym nie była wielka, jednakże już sam fakt posiadania przez powstańców namiastki rasowego pojazdu pancernego miał wielkie znaczenie psychologiczne; z jednej strony istotnie wpływał bowiem na morale powstańców, z drugiej zaś strony demoralizował Niemców, których dysponowanie przez polskiego przeciwnika komponentu w postaci broni pancernej poważnie zaskoczyło i zaniepokoiło, zwłaszcza gdy polskie wozy bojowe wyłoniły się jak spod ziemi naprzeciw niemieckich stanowisk na terenie uniwersytetu …
Budowa „Kubusia” w warunkach chałupniczych, a następnie udział samochodu w powstańczych akcjach zbrojnych o charakterze ofensywnym, to prawdziwa epopeja inżynierska i istotne doświadczenie wojenne. Fakt, iż pancerka przetrwała do naszych dni i jest teraz ozdobą Muzeum Wojska Polskiego – zakrawa na cud. Ukazanie się repliki „Kubusia” na ulicach Warszawy z okazji manifestacji patriotycznych i historycznych rekonstrukcji powstańczych walk zawsze budzi wzruszenie i szczery entuzjazm widzów, także tych spoza Warszawy. Dlatego dobrze się stało, iż na rynku księgarskim ukazała się monografia tej unikalnej konstrukcji napisana kompetentnie i wzruszająco przez Jana Tarczyńskiego. Książka ta jest bogato ilustrowana zarówno fotografiami „z epoki”, gdy ten mityczny „bojowy mikrus” powstawał i walczył, jak też zdjęciami z okresu, gdy wegetował, a następnie odzyskiwał swą pierwotną świetność. Wydawca zadedykował też modelarzom dwa komplety barwnych plansz samochodu w skalach 1:35 i 1:72.

Podsumowując, publikacje takie, jak omówiona wyżej, to bez wątpienia jeden z lepszych sposobów na realizację tzw. polityki historycznej.

XXL

Jan Tarczyński „Kubuś”. Pancerka powstańczej Warszawy. Studium budowy i działań bojowych pojazdu na tle zarysu motorowego przygotowania Armii Krajowej” do walk powstańczych, wyd. Wydawnictwo ZP, Piekary Śląskie 2008


Wraz ze wzrostem nasycenia współczesnego pola walki wszelkiego rodzaju „technika wojskową” raptownie wzrasta, zwłaszcza w armiach państw demokratycznych, koszt żołnierskiej krwi. Zdrowie i życie współczesnego żołnierza gwałtownie idzie w cenie co najmniej z dwóch powodów. Pierwszym są rosnące koszty wyszkolenia, a w związku z tym jego szerokie kompetencje jako „technika pola walki”, drugim zaś – rosnąca ustawicznie, najczęściej za pośrednictwem niezależnych mediów, kontrola opinii publicznej nad poczynaniami kadry dowódczej, w praktyce zapobiegająca bezmyślnemu szafowaniu życiem żołnierzy.

Niemniej tam, gdzie żołnierze strzelają, nie tylko Pan Bóg kule nosi; są więc i zabici, i ranni, a pomoc medyczna realizowana wprost na polu walki oraz sprawna ewakuacja rannych stają się przedmiotem zarówno poważnych rozważań teoretycznych, jak też owocują wdrożeniem konkretnych procedur taktycznych. Z tego też powodu z zaciekawieniem sięgnąłem po pionierską w kręgu współczesnego polskiego piśmiennictwa wojskowego książkę dwóch wybitnych polskich chirurgów wojskowych – Andrzeja Obary i Mirosława Dziekiewicza pełniących służbę w słynnym wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie, czyli „na Szaserów”.

Niestety, im większe były me nadzieje związane z tą książką, tym większe nastąpiło rozczarowanie… Zgodnie bowiem ze swym tytułem publikacja ta powinna być poświęcona zagadnieniu leczenia obrażeń bojowych od broni palnej, tymczasem w czterech piątych poświęcona jest charakterystyce taktyczno-technicznej różnych rodzajów broni i amunicji oraz organizacji wojskowych służb medycznych w przeszłości, w efekcie czego zasadniczy przedmiot rozważań – frapujący i arcyciekawy – zwłaszcza w kontekście doświadczeń własnych oraz sojuszniczych nabytych w czasie wojskowych i policyjnych misji zagranicznych, praktycznie schodzi z pola widzenia. To wielka szkoda; aczkolwiek mistrz skalpela niekoniecznie musi być mistrzem pióra. Nie chcę jednak ani naigrywać się z obu autorów, ani też ich postponować, pragnę ich jak najgoręcej zachęcić do ponownego opracowania tematu, pod kątem opisu poszczególnych przypadków oraz powiązania użycia konkretnej amunicji z rodzajem obrażeń oraz ich charakterystyką, wówczas publikacja taka miałaby walor użyteczności dla coraz szerszej grupy przeszkolonych żołnierzy paramedyków. Czekamy! XXL

Andrzej Obara & Mirosław Dziekiewicz „Leczenie obrażeń bojowych od broni palnej”, wyd Dom wydawniczy Bellona, Warszawa 2008



Renomowana angielska oficyna wydawnicza Osprey od wielu dziesięcioleci specjalizuje się w publikacji monografii historycznych ukazujących się w wyodrębnionych seriach. Najpopularniejszą i najbardziej rozpoznawalną z nich jest seria „Kampanie”, w której ukazało się już ponad 200 tytułów. Książki Ospreya – w wersji oryginalnej – od lat były w naszym kraju przedmiotem pożądania licznej rzeszy czytelników zainteresowanych problematyką militarną, i to zarówno typowych hobbystów, jak również profesjonalistów. Nie szczędzono ani trudu, ani pieniędzy, by w najcięższych nawet dla Polski czasach sprowadzać te książki do kraju. Osprey bowiem w bardzo charakterystyczny dla tej oficyny sposób połączył w swych publikacjach dwa z pozoru sprzeczne walory – wartościową pod względem merytorycznym treść z przystępnością i elegancją formy. Z jednej więc strony barwne plansze rekonstruujące broń i wyposażenie na „żywych” żołnierzach i wojownikach sytuowały publikacje Ospreya w bezpośrednim pobliżu wysokiej jakości komiksu, z drugiej zaś strony na książki te powoływano się także w bibliografiach poważnych prac naukowych.

Obecnie wydawnictwa historyczne Ospreya są już dostępne w oryginalnej wersji językowej na polskim rynku wydawniczym, lecz cieszą się umiarkowanym popytem z uwagi na swą zaporową cenę. Sytuacja ta za sprawą krakowskiego Wydawnictwa LIBRON wkrótce ulegnie jednak zmianie, w najbliższych tygodniach trafią bowiem na nasz rynek wydawniczy dwa pierwsze tytuły z serii „Kampanie” w polskiej wersji językowej, których okładki prezentujemy obok. A niebawem pojawią się też kolejne tomy z tej serii sygnowane oryginalnym logo Ospreya oraz polskim logo ambitnego wydawnictwa historycznego LIBRON.

Nie ma potrzeby, by naszym bardzo wyrobionym Czytelnikom prezentować walory książek Ospreya; znają je bowiem doskonale. Dość powiedzieć, że polska edycja nie będzie odbiegać od angielskiego oryginału ani treścią, ani też szatą graficzną, a renoma serii w połączeniu ze zwiększeniem jej dostępności w sieci sprzedaży oraz znacznie korzystniejszą niż dotychczas ceną stanowią istotne przesłanki spodziewanego sukcesu wydawniczego. I za to trzymamy kciuki.


Ta książka zrodziła się z traumatycznego przeżycia, jakie stało się udziałem autora, który dowiedział się nagle i niespodziewanie, iż jego żydowski ojciec był żywą maskotką oddziału SS likwidującego Żydów na terenach państw bałtyckich i na zapleczu frontu wschodniego. Autor, uzbrojony w szczątkową zaledwie wiedzę usiłuje – poruszając się niemal po omacku – dotrzeć do tajmniczych wschodnioeuropejskich miejsc tego niezwykłego rodzinnego dramatu i odworzyć przebieg wydarzeń oraz rozliczyć się wewnętrznie z przeszłością ojca i ciężarami zrodzonymi we własnej duszy. Książkę wzbogacają i uwiarygodniają fotografie małego chłopca w niemieckim mundurze pochodzące z tajnego ojcowskiego archiwum. Nad książką unosi się też duch przerażenia i pełnego oniemienia autora. Równie dobrze ojciec mógłby oświadczyć mu, iż jest dobrze zakamuflowanym kosmitą. Cóż rzeczywistość przerasta niekiedy granice ludzkiej wyobraźni.

Mark Kurzem „Maskotka. Nazistowski sekret mojego żydowskiego ojca”, wyd. Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2008


O narodzinach państwa izraelskiego nie zadecydowało ani poczucie winy obecne wśród narodów europejskich po ujawnieniu okropieństw holocaustu ani też „akty strzeliste” powstałe pod auspicjami ONZ. O powstaniu, a następnie przetrwaniu Izraela w skrajnie trudnych warunkach geopolitycznych zadecydowała wojna. To państwo narodziło się z wojny i istnieje dzięki wojnie; właściwie stan pogotowia wojennego towarzyszy społeczeństwu izraelskiemu permanentnie – od chwili powstania ich państwa w 1948 roku, czyli od 60 lat. Genezie narodzin państwa izraelskiego, burzliwym okolicznościom jego faktycznego powstania oraz wszystkim izraelskim wojnom, toczącym się przez owe 60 lat poświęcił swą najnowszą książkę, zatytułowaną „Miejsce pod słońcem” Konstanty Gebert, wieloletni dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Powstała ona na kanwie jego wcześniejszej publikacji – „Wojna czterdziestoletnia”, którą autor rozbudował o rozdziały początkowe oraz końcowe, czyli swoiste „zadzidzidzie” oraz „przedzidzie”, doprowadzając narrację aż po próg współczesności.

Książka napisana jest barwnie, wręcz żywiołowo autor kreśli obraz poszczególnych wojen, kampanii, starć i epizodów wojennych; ponadto ewidentnie ciepłych uczuć jakimi Konstanty Gebert darzy państwo żydowskie i jego obrońców, jednakże pod adresem jego przywódców politycznych i wojskowych potrafi zająć krytyczne stanowisko, niekiedy zaprawione nuta zgryźliwej irytacji.

Książka dobrze oddaje kwadraturę koła w jakiej tkwi Izrael, będący regionalnym mocarstwem militarnym, które dysponuje potężną przewagą ekonomiczna, technologiczną wojskową nad każdym ze swych potencjalnych przeciwników oraz wszystkimi łącznie, a jednocześnie jego położenie geostrategiczne jest wciąż fatalne, a potencjał ludnościowy – nikły.

Stara rzymska maksyma: „Chcesz pokoju, szykuj się do wojny” znalazła pełne odzwierciedlenie w krótkiej, a przy tym jakże burzliwej historii Izraela. XXL

Konstanty Gebert „Miejsce pod słońcem. Wojny Izraela”, wyd. Pruszyński i S-ka, Warszawa 2008


Czy kilkutysięczna, wyspecjalizowana w masowym zabijaniu formacja może w krótkim czasie unicestwić kilkusettysięczną rzeszę ofiar? Z pozoru wydaje się to niemożliwe ale w praktyce okazuje się, że jednak jest o wykonalne. Cóż zorganizowany, systematyczny i uporządkowany Niemiec potrafi… I wcale nie są potrzebne jakieś gigantyczne siły i środki, by na zapleczu frontu zapanował „porządek”, czyli martwa cisza. Wystarczy spuścic ze smyczy cztery tzw. Einsatzguppen. Mechanice funkcjonowania tych „maszynek do mielenia mięsa” poświęcona jest wstrząsająca książka Richarda Rodesa. Przy okazji autor obala mit komór gazowych, rzetelnie udowadniając, iż najskuteczniejszym (co do ilości ofiar) narzędziem mordu była nie tyle puszka cyklonu B, ile zwykła karabinowa kula.

Richard Rhodes „Mistrzowie śmierci. Einsatzguppen”, wyd. Bellona, Warszawa 2007


W ubiegłym roku na rynku wydawniczym doszło do szczególnego zjawiska – prawdziwego „wysypu” książek poświęconych polskim jednostkom specjalnym. Ukazały się bowiem: klasyczna monografia 1. Batalionu Szturmowego z Dziwnowa, autorstwa prof. Huberta Królikowskiego, książka „Commando. pl” poświęcona 62. Kompanii Specjalnej z Bolesławca, autorstwa Jarosława Rybaka, łącząca cechy monografii i literatury wspomnieniowej, jak też typowa barwna, żołnierska opowieść o dziejach 56. Kompanii Specjalnej, napisana na kanwie osobistych wspomnień oficera tej jednostki – mjr. Arkadiusza Kupsa – przez dziennikarza związanego od dziesięcioleci z prasą wojskową, Piotra Bernabiuka.

Do tej ostatniej publikacji mam odniesienie szczególne, bowiem „Komandos” gościł w 56. Kompanii tuż przed jej niespodziewanym rozformowaniem, a tekst ukazał się na naszych łamach dosłownie w chwili likwidacji jednostki. Odtąd śledziliśmy dalsze losy wywodzących się z 56. KS oficerów, a rolę swoistego „łącznika” pełnił Arek Kups. Kibicowaliśmy jego dokonaniom na polu opracowania autorskiego systemu walki wręcz Combat ‘56, a potem idei „Selekcji”, uznaliśmy ją bowiem za ważną społeczną inicjatywę proobronną. Mjr Kups zadomowił się na stałe na naszych łamach zarówno jako bohater tekstów, jak też jako autor. Tak, z czasem, narodziła się ta barwna książka, której pewne epizody trafiły wcześniej w wersji prasowej na nasze łamy.

Zasadniczy i zorganizowany Arek Kups oraz wesoły, dynamiczny i bezpretensjonalny „Barnaba” napisali książkę, po którą z przyjemnością może sięgnąć nawet nastoletni czytelnik, a przy tym publikacja ta jest rodzajem hołdu dla 56. Kompanii Specjalnej i służących z oddaniem w tej jednostce żołnierzy. Dzięki niej ich młodość „górna i chmurna” przetrwa w naszej pamięci.

XXL

Piotr Bernabiuk „Mjr Kups o 56. Kompanii Specjalnej”, wyd. RedHorse, Lublin 2007


W 1935 roku po wyboistych szosach II Rzeczpospolitej poruszało się niespełna 25 tys. pojazdów, w tym samym czasie w III Rzeszy przystępującej właśnie do ambitnego projektu budowy 2 tys. kilometrów autostrad w ciągu czterech lat liczba samochodów zbliżała się do miliona… We wrześniu 1939 roku niemiecki Wehrmacht uderzył na Polskę siłą 6 dywizji pancernych i 4 lekkich, którym byliśmy w stanie przeciwstawić… dwie brygady pancerno-motorowe. Aby zrozumieć dylematy, przed jakimi stanął nasz kraj w obliczu nieuchronnej wojny z Hitlerem, warto sięgnąć po studium autorstwa Mirosława Chrzanowskiego poświęcone motoryzacji WP w latach 1921 -1939. Zapoznanie się z nim ustawi ewentualne dywagacje o możliwości przeciwstawienia się agresji we właściwej proporcji, choć – w mym przekonaniu – politykę motoryzacji armii w kontekście realnych możliwości kraju autor ocenia nieco zbyt surowo.

Mirosław Chrzanowski „Motoryzacja Wojska Polskiego 1921 -1939”, wyd. Bellona, Warszawa 2007


Gen. byg. Wilhelm Orlik-Ruckemann, ostatni dowódca KOP, w godzinie wojennej próby ujawnił swój talent dowódczy dużego formatu. W przeciwieństwie do generałów dysponujących potencjałem Wielkich Jednostek Wojskowych całość sił zorganizowanych i dowodzonych przez gen. Ruckemanna składała się z jednostek zapasowych: KOP, wojska, Policji Państwowej, straży leśnej. Dowódca ten, przy pełnej świadomości przegranej już wojny z Niemcami i skutków sowieckiej inwazji, zdołał skoncentrować poszczególne polskie jednostki, wyrównać ich potencjały bojowe, zaopatrzyć je i zorganizować w sprawny instrument wojenny. O jego osiągnięciach organizacyjnych i dowódczych świadczą dwie przeprowadzone z sukcesem bitwy z inwazyjną Armią Czerwoną: pod Szackiem i Wytycznem.

Andrzej Kralisz „Na straży wschodnich rubieży. Biografia ostatniego dowódcy KOP gen. Bryg. Wilhelma Orlik-Ruckemanna (1894-1986)”, wyd. Oficyna Wydawnicza Adiutor, Warszawa 1999


Wiktora Suworowa, można się spotkać z tezą, jakoby Stalin szykował się w 1941 roku do wyprzedzającego uderzenia na hitlerowskie Niemcy. Miałyby o tym świadczyć zgrupowane wzdłuż zachodnich granic ZSRR wojska sowieckie. Zwolennicy tej teorii twierdzą, że to właśnie przedwczesne skierowanie rosyjskich jednostek na pozycje wyjściowe przyczyniło się do kolosalnych strat, jakie w czerwcu 1941 zadał im niemiecki Wehrmacht.

Andrew Nagorski, z wykształcenia historyk i wieloletni redaktor „Newsweeka”, nie podziela tych opinii. W napisanej z reporterską swadą „Największej bitwie” obala stare i nowe mity, które nagromadziły się wokół pierwszych miesięcy wojny w Rosji. Obraz, jaki wyłania się z dziesiątek relacji i wywiadów zebranych przez autora, to wstrząsająca panorama wojennej pożogi, ale jednocześnie intrygujące studium sowieckiego komunizmu, którego stolica w 1941 roku znalazła się o krok od upadku. Przetrwanie Moskwy zostało okupione szaleńczą daniną krwi – straty sowieckie wyniosły blisko dwa miliony żołnierzy. Stalin nigdy nie liczył się z życiem żołnierzy i cywili, a jego decyzje od początku były pasmem kuriozalnych zaniedbań i pomyłek.

Przed czerwcową inwazją sowiecki dyktator z przerażeniem śledził sukcesy odnoszone przez armie Hitlera we Francji. Dotkliwe porażki (40 tys. poległych) własnych wojsk w Finlandii ukazały militarną słabość ZSRR. W tej sytuacji Stalin nie myślał o ataku wyprzedzającym, lecz za wszelką cenę starał się odsunąć widmo hitlerowskiej inwazji. Do 22 czerwca 1941 r. trwały dostawy surowców do Niemiec. Wszelkie informacje o szykowanej inwazji traktowane były przez Stalina jako zachodnie intrygi, mające na celu sprowokowanie niemiecko-rosyjskiej wojny. Raporty legendarnego Richarda Sorge, w których sowiecki superszpieg w Tokio dokładnie informował o mającej się niebawem rozpocząć inwazji, rozwścieczały Stalina. Szpiegowi zredukowano płace. Również dla sowieckich wywiadowców na zachodzie wysyłanie prawdziwych meldunków stawało się coraz bardziej ryzykowne.

Aby nie dać Hitlerowi najmniejszego pretekstu do ataku, Stalin zakazał swoim generałom jakichkolwiek przygotowań do obrony. Lotnicy i artyleria przeciwlotnicza mieli nawet nie reagować na zwiadowcze loty niemieckich samolotów. Niemcy tłumaczyli naruszanie granic Rosji błędami popełnianymi przez uczących się latania młodych pilotów. Generał Gieorgij Mikuszew jako jeden z nielicznych wbrew nakazowi Stalina przygotował swą 41. Dywizję Piechoty do obrony. 22 czerwca jego żołnierze nie dali się zaskoczyć i stawili skuteczny opór – tego samego dnia NKWD aresztowało generała za sprowokowanie walk z hitlerowcami. Niemiecki komunista, który przedarł się na sowiecką stronę, by ostrzec o mającym nastąpić ataku, został rozstrzelany jako prowokator. W pierwszym tygodniu inwazji Stalin znajdował się w stanie swoistego szoku. W chwili gdy trzy miliony Niemców przekraczały granice ZSRR, łudził się jeszcze, że to jakaś pomyłka. Gdy wysłannicy biura politycznego odwiedzili go w jego daczy – myślał, że przyszli go aresztować. Cel wizyty był inny – chcieli go prosić o objęcie naczelnego dowództwa. Po okresie straszliwych czystek w latach 1937/38 nie było już w Rosji nikogo, kto mógłby przeciwstawić się Stalinowi. Dyktator odzyskał pewność siebie. By przeciwstawić się odwrotowi Armii Czerwonej, powstały zaporowe jednostki NKWD – cofający się wchodzili pod ogień własnych wojsk. Ofiarą sądów polowych padło do 1945 roku około 150 tys. rosyjskich żołnierzy. Kto się poddawał uznawany był automatycznie za zdrajcę. Uciekinierów z niewoli rutynowo traktowano jak szpiegów. Mimo to rosyjskie armie jedna po drugiej ginęły okrążane przez prących do przodu Niemców. W sierpniu, po zdobyciu Smoleńska, generał Guderian, gwiazda hitlerowskich wojsk pancernych, żądał rozpoczęcia bezpośredniego ataku na pozbawioną rezerw Moskwę. Hitler po raz pierwszy się zawahał. Zmusił swych generałów, by najpierw zdobyli Kijów, a gdy oponowali, ganił ich, że nie maja pojęcia o ekonomii. Zanim w październiku Guderian wznowił marsz na Moskwę, nastąpiło załamanie pogody. Wczesne mrozy zaskoczyły pozbawionych zimowych mundurów Niemców. Przekonany o triumfalnym blitzkriegu Hitler nie zadbał o logistyczne przygotowanie ofensywy. Mimo to w szczytowej fazie bitwy niemieckie wojska zbliżyły się na odległość 50 km do rosyjskiej stolicy. Nagorski ujawnia nieznane powszechnie relacje na temat paniki, jak ogarnęła mieszkańców Moskwy 16 października – palono portrety Lenina i Stalina, wyrzucano z domów dzieła komunistycznych klasyków. Setki tysięcy moskwian uciekały na wschód, wyjeżdżali zachodni dyplomaci, rabowano sklepy w poszukiwaniu żywności, a NKWD przez kilka dni wydawało się bezradne. Decyzja Stalina o pozostaniu w Moskwie skonsolidowała chwiejące się państwo. Moskwę uratowały syberyjskie dywizje. Tym razem Stalin zaufał raportom Richarda Sorge, który zapewniał, że Japończycy nie zaatakują Syberii. 400 tysięcy wypoczętych i dobrze wyposażonych żołnierzy rzucono na zagrożone odcinki. Niemieckie wojska dziesiątkował mróz. Piloci Stukasów widzieli setki uszkodzonych i palonych przez niemieckie załogi czołgów. Rosyjska kontrofensywa zimowa ponownie ukazała bezwzględność Stalina i jego generałów. Odrzucenie Niemców o 100 km kosztowało życie kilkuset tysięcy rosyjskich żołnierzy – oszczędzano amunicję, ale nie ludzi. Niemcy od czasów I wojny światowej nie zetknęli się z taktyką ludzkiej fali. Ich cekaemy milkły z przegrzania, a natarcie szło dalej. – Nie rozczulać się nad losem wojska – mówił Stalin – nawet jeśli atak się nie powiedzie, to i tak zwiąże siły wroga. Wiosenne roztopy wyhamowały jednak działania po obu stronach. Hitler po raz pierwszy został jednak zatrzymany, Stalin zaczął zastanawiać się nad kształtem powojennej Europy.

Nagorski pozwala spojrzeć na wojnę z perspektywy cywilów i żołnierzy – cytuje wspomnienia Żukowa, opisuje losy Rokossowskiego i Własowa – odznaczonego obrońcy Moskwy, który w 1942 roku przeszedł na stronę Niemców. Sumiennie gromadzone przez kilka lat wywiady z weteranami wojny dają wstrząsający obraz cierpienia i bezmiaru okrucieństwa, jakie miliony ludzi doświadczyły za sprawą dwudziestowiecznych totalitaryzmów, uosabianych przez Hitlera i Stalina. Bitwa o Moskwę stała się symboliczną areną, na której starły się oba systemy. Dla obu dyktatorów życie ludzkie nie przedstawiało większej wartości, a hitlerowski terror szybko przyćmił komunistyczne zbrodnie.

W dzisiejszej Rosji po okresie głasnostii raczej niechętnie wspomina się dramatyczną obronę stolicy. Stalingrad i Kursk dominują jako bardziej jednoznaczny symbol zwycięstwa. Dla Andrew Nagorskiego kluczowe było odsłonięcie prawdziwej historii zmagań o Moskwę. Tak się bowiem składa, że rządy, które nie lubią dociekań na temat ich aktualnych działań, często unikają też pytań o historię. (T. N)

Andrew Nagorski „Największa bitwa. Moskwa 1941-1942”, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2008


Niemiecki Sztab Generalny był jednym z najdoskonalszych instrumentów planowania wojennego w nowożytnej historii. Tajemnica sukcesu tkwiła nie tylko w czymś na kształt zbiorowego „geniuszu wojennego” tej instytucji. Tajemnica owa opierała się na zasadzie kontynuacji i nieustannego doskonalenia pewnych koncepcji strategicznych. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na książkę Waldemara Erfurtha, długoletniego oficera sztabowego, który zwięźle zaprezentował pisane i niepisane reguły funkcjonowania tej instytucji oraz naszkicował wyraziste sylwetki głównych aktorów realizujących strategiczne operacje II wojny światowej.

Waldemar Erfurth „Niemiecki Sztab Generalny 1918–1945”, wyd. Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2007


Obserwując konflikty pierwszej dekady XXI wieku, można wyodrębnić dwa nowe, niewystępujące w epoce zimnowojennej zjawiska. Pierwszym z nich jest „prywatyzacja wojny”, dokonywana zwłaszcza przez państwa demokratyczne znajdujące się pod stałym nadzorem mediów oraz pod presją opinii publicznej, z zasady niechętnej angażowaniu narodowych sił zbrojnych w odległe i przewlekłe konflikty zbrojne. Zjawiskiem drugim jest „rozlewanie się” terroryzmu po niemal całym świecie za sprawą globalizujących się sieci łączności i masowego transportu osób. Nowoczesne technologie, w skali dotąd nieznanej, służą do stosowania masowej przemocy, rozsiewania lęku i chaosu, a są one w zasięgu wszelkich ruchów i organizacji dysydenckich, motywowanych ideami narodowowyzwoleńczymi, religijnymi, ekologicznymi, antyglobalistycznymi etc.

Na monitorowanie tych nowych zjawisk powinniśmy skierować całą naszą uwagę skoro już – jako państwo – stanęliśmy na ochotnika na pierwszej linii ognia walki z międzynarodowym terroryzmem. W tym kontekście chcę zwrócić uwagę na nowatorską, kompetentną, niestroniącą od prognoz co do dalszego rozwoju sytuacji, a ponadto znakomicie napisaną książkę Jacka Adamskiego, jaka ostatnio ukazała się w serii „o wojnach i konfliktach” wydawnictwa TRIO.

Praca Jacka Adamskiego, będąca rozwinięciem jego rozprawy doktorskiej napisanej w ramach AON, jest na tle polskiego piśmiennictwa wojskowego szczególnym i chwalebnym wyjątkiem, bowiem większość „dokonań pisarskich” z zakresu polskiej współczesnej myśli wojskowej koncentruje się na tzw. „typologii dzidy” (dzida, jak powszechnie wiadomo, składa się z: przeddzidzia, śróddzidzia i zadzidzia etc.). A wszystko to podlane jest zwykle sosem nudnego metajęzyka. Tymczasem „techniczną” z samej swej istoty rozprawę Adamskiego czyta się znakomicie, dosłownie jednym tchem; co więcej autor, koncentrując się oczywiście na technicznej i technologicznej stronie opisywanych aktów terroru, dostarcza istotnej i szczegółowej wiedzy o charakterystycznych cechach, metodach działania, potencjale „bojowym” i wzajemnych powiązaniach poszczególnych ugrupowań terrorystycznych.

Po książkę Jacka Adamskiego powinny sięgnąć nie tylko osoby zainteresowane zagadnieniem terroryzmu – zarówno z kręgu naszych Czytelników, lecz przede wszystkim urzędnicy państwowi i samorządowi, którym powierzyliśmy nasze wspólne bezpieczeństwo, za co (nawiasem mówiąc) im płacimy.

XXL

Jacek Adamski „Nowe technologie w służbie terrorystów”, wyd. Wydawnictwo TRIO i Collegium Civitas,

Warszawa 2007