
Fakt, iż publikacja ta przeszła przez rynek książki o tematyce militarnej praktycznie bez echa i gros jej nakładu wciąż znajduje się w dyspozycji wydawcy, jest dla mnie nie do pojęcia. Świadczy on ewidentnie o słabości polskiej analityki polityczno-wojskowej, co stoi w sprzeczności z deklarowanymi przez państwo polskie kierunkami zainteresowania geopolitycznego. Nie ma bowiem co ukrywać, iż niezależnie od ogólnie poprawnych stosunków polsko-rosyjskich postimperialna armia rosyjska powinna być przedmiotem naszego permanentnego zainteresowania, z nadzwyczaj banalnego powodu – z uwagi na jej potencjał.
Autor publikacji nie tylko zakreślił wnikliwy (jak na rodzime standardy) obraz armii Federacji Rosyjskiej w latach 1992-2004, lecz – co nie bez znaczenia – uczyni to z pasją i talentem, dzięki czemu jest to książka „przyjazna w lekturze”.
Z uwagi na tempo zmian zachodzących w tej armii cząstkowość danych oraz specyficzne podejście do zagadnień obronnych wciąż występujące w Rosji, prócz danych oficjalnych autor musiał posiłkować się także informacjami publikowanymi na otwartym rynku medialnym, wykonując kawał solidnej roboty, nie unikał przy tym stawiania własnych, autorskich wniosków.
W zasadzie najistotniejszą wadą tej pracy, pomimo iż liczy ona ponad 400 stron, jest moim zdaniem jej… zbyt skromna objętość oraz „skończony” charakter. Zamiast wydawać publiczne pieniądze na jakieś dajmy na to „proekologiczne” bzdety, książka taka jak ta powinna ukazywać się nie rzadziej niż raz do roku, na bieżąco monitorując sytuację w siłach zbrojnych naszego największego sąsiada, choćby w kontekście ostatniej wojny gruzińskiej, z przebiegu której zapewne zostały już wyciągnięte wnioski, które przyniosą armii kolejną falę zmian. Głos autora nie może być odosobnionym głosem „wołającego na puszczy”! XXL
Robert Śmigielski „Osierocona armia. Założenia polityki obronnej oraz Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej
w latach 1992-2004”, wyd. Wydawnictwo TRIO,
Warszawa 2006

Omówienia książek zwykle nie zaczyna się od obszernego przedstawienia biografii autora, ale w przypadku wspomnień zatytułowanych „Ostrze miecza” jest to jak najbardziej zasadne. Nie znając kariery wojskowej autora, czytelnik, zwłaszcza ten młodszy, mógłby bowiem dojść do wniosku, że są one nadmiernie zmanierowane, a może nawet w jakimś stopniu pozbawione szczerości i głębi osobistego doznania. Tak jednak nie jest, a pozorna oschłość kryje prawdziwy wulkan emocji targających jednym z wybitnych przedstawicieli kasty zawodowych oficerów brytyjskiej armii, w niewątpliwie najtrudniejszych chwilach, które przyszło mu przeżyć w służbie najpierw Jego, a później Jej Królewskiej Mości.
Anthony Farrar-Hockley urodził się 8 kwietnia 1924 roku w Coventry, w rodzinie dziennikarza lokalnej gazety. Edukację pobierał w Exeter School. W 1939 roku uciekł z domu i zawyżając wiek zaciągnął się jako szeregowy do pułku Gloucestershire. Gdy fakt ten wyszedł na jaw zwolniono go ze służby, a ponownie mógł się zaciągnąć dopiero po ukończeniu 17. roku życia, czyli w roku 1941. Ten wysoce inteligentny, choć bardzo młody żołnierz został szybko awansowany do stopnia sierżanta, a w roku 1942 przeniesiono go do 1. Dywizji Powietrznodesantowej. Wraz ze swoją jednostką walczył we Włoszech i Francji osiągając, już w stopniu porucznika, stanowisko dowódcy kompanii w 6. batalionie powietrznodesantowym. Pod koniec 1944 roku brytyjscy spadochroniarze, wspierając monarchistyczny rząd grecki, starli się z komunistyczną partyzantką na ulicach Aten. Podczas tych bezwzględnych starć Farrar-Hockley zdobył Krzyż Wojskowy.
Po wojnie wrócił do pułku Gloucestershire służąc między innymi w mandacie palestyńskim. Podczas wojny koreańskiej, w stopniu kapitana, był adiutantem pułku. Uczestniczył w bitwie nad rzeką Imjin. W walkach o wzgórze 235 przejął na ochotnika dowodzenia kompanią „A”, która straciła większość oficerów i utrzymał zajmowane przez nią stanowiska. Po okrążeniu stanowisk brytyjskich przez Chińczyków zorganizował odwrót. Nie zdołał jednak doprowadzić podległych sobie żołnierzy do własnych linii – wraz z niedobitkami kompanii „A” dostał się do niewoli. Mimo tego, za dowodzenie w boju, został odznaczony Orderem za Wybitną Służbę. Podjął sześć prób ucieczki z niewoli, zarówno samodzielnie jak i wspólnie z innymi żołnierzami, co narażało go na wyjątkowo brutalne traktowanie ze strony Chińczyków i Koreańczyków z Północy.
Po wyjściu z niewoli uczestniczył w walkach z grecką partyzantką EOKA na Cyprze (1956), wojnie sueskiej przeciwko Egiptowi (1956) i brytyjskiej interwencji w Jordanii (1958). W latach 1959-61 był szefem instruktorów w Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst. W roku 1962 objął dowodzenie 3. batalionem powietrznodesantowym stacjonującym w basenie Zatoki Perskiej. W 1964 roku, podczas tak zwanego „adeńskiego stanu wyjątkowego”, jego batalion zdobył obóz rebeliantów położony w Górach Radfan. Za tę akcję wyróżniony został okuciami do Orderu za Wybitną Służbę.
W 1965 roku Farrar-Hockley został szefem sztabu i planowania operacyjnego sił brytyjskich operujących na Borneo (tak zwana „konfrontacja indonezyjska”). Organizował wówczas rajdy na terytorium Indonezji, w trakcie których niszczono operujące w strefie nadgranicznej siły przeciwnika. W latach 1966-68 dowodził 16. Brygadą Powietrznodesantową, a po ukończeniu w latach 1968-70 Exeter College i awansie na stopień generała brygady, został pierwszym dowódcą wojsk lądowych w Irlandii Północnej. W latach 1971-73 dowodził 4. Dywizją Pancerną wchodzącą w skład stacjonującej na terenie Niemiec Zachodnich Brytyjskiej Armii Renu. Po okresie spędzonym w Ministerstwie Obrony objął funkcję dowódcy sił lądowych Dalekiego Wschodu (1977-79), a następnie dowódcy Połączonych Sił Zbrojnych NATO Europy Północnej. Do rezerwy odszedł w 1982 roku.
Jako emeryt zajął się badaniem historii wojskowości, czemu dużo czasu poświęcał już wcześniej. Jako konsultant wojskowy był ponadto aktywny w mediach. Dwukrotnie znalazł się przy tym w centrum politycznej burzy; po raz pierwszy, gdy w roku 1983 zaangażował się w kampanię na rzecz zorganizowania powszechnej obrony terytorialnej wzorowanej na Home Guard, po raz drugi w roku 1990, gdy potwierdził słowa włoskiego premiera Giulio Andreottiego, że kierownictwo NATO było zaangażowane w tworzenie konspiracyjnych struktur na wypadek sowieckiej inwazji (organizacja „Gladio”).
W odróżnieniu od kariery wojskowej życie prywatne Farrara-Hockleya nie obfitowało w turbulencje. W 1945 roku ożenił się z Margaret B. Wells, z którą miał trzech synów. Owdowiawszy w roku 1981, ponownie zawarł związek małżeński, z Lindą Wood, w 1983 roku. Jego najstarszy syn, Charles Dair, podążył ścieżką ojca, zostając zawodowym żołnierzem. W 1982, walcząc w szeregach spadochroniarzy na Falklandach, otrzymał Krzyż Wojskowy.
Farrar-Hockley jest autorem i współautorem 18 książek poświęconych głównie historii wojskowości. Wśród nich pozycję szczególną zajmuje opublikowana w 1954 roku autobiograficzna praca „Ostrze miecza” (The Edge of the Sword), będąca opisem krwawych walk nad rzeką Imjin oraz gehenny komunistycznej niewoli.
„Ostrze miecza” to bardzo szczególna wojskowa memuarystyka. Autor nie podejmuje próby nakreślenia przyczyn konfliktu i jego przebiegu, ani też sytuacji strategicznej w momencie rozpoczęcia narracji. Już z pierwszych zdań wynika, że jedynym w zasadzie obiektem jego zainteresowania jest brytyjskie zgrupowanie bojowe walczące na pierwszej linii w czasie ofensywy podjętej przez siły chińsko-koreańskie w celu przełamania pata ukształtowanego po manewrowej fazie wojny w Korei (1950-51). O sąsiadach Autor wspomina niewiele, a jeżeli już to w tonie pełnym szacunku dla ich osiągnięć bojowych. Negatywną ocenę amerykańskiego dowódcy szczebla operacyjnego kwituje jednym wyważonym zdaniem. Nie jest bowiem jego celem ferowanie łatwych wyroków i stereotypowych ocen, lecz oddanie sprawiedliwości brytyjskiemu żołnierzowi dzielnie zmagającemu się ze znacznie liczniejszym przeciwnikiem.
Obraz zmagań nad rzeką Imjin, który wyłania się ze wspomnień Farrar-Hockleya to epicki fresk nakreślony jednak przy użyciu ograniczonych i pozbawionych emfazy środków wyrazu. Suchym, oszczędnym, typowym dla zawodowego żołnierza językiem Autor opisuje trwających na zawczasu przygotowanych stanowiskach Brytyjczyków odpierających od czoła falowe ataki chińskiej piechoty i zmagających się jednocześnie z próbami obchodzenia skrzydeł. W jego słowach pobrzmiewa uznanie dla odwagi obrońców, ale z szacunkiem traktuje on również przeciwników.
Duże wrażenie robi zwłaszcza opis spokojnych, metodycznych i pozbawionych paniki manewrów odwrotowych na kolejne stanowiska, łącznie z tym ostatnim, zakończonym złożeniem broni w obliczu przeważającego przeciwnika. Farrar-Hockley, który osobiście wydał rozkaz poddania się nie usprawiedliwia swej decyzji, nie hamletyzuje ani nie usiłuje uniknąć odpowiedzialności, lecz stwierdza wprost, że w zaistniałej sytuacji kontynuowanie walki zakończyć mogłoby się jedynie pozbawioną sensu masakrą jego podwładnych.
Pierwszą próbę ucieczki z niewoli autor podjął jeszcze tej samej nocy, której został ujęty. Zakończyła się ona fiaskiem. Później, w każdej fazie i na każdym etapie uwięzienia, dążenie do ucieczki było osnową większości podejmowanych przez niego działań. Szczególną wartość we wspomnieniach Farrar-Hockleya mają jego opisy żołnierzy strony przeciwnej, sytuacji na zapleczu, funkcjonowania aparatu indoktrynacji ideologicznej jeńców wojennych. Wynika z nich, że jeńcy od samego początku mieli dla strony komunistycznej głównie „wartość propagandową”. Stąd agresywna indoktrynacja, próby zmuszania pochwyconych żołnierzy przeciwnika do składania samoobciążających zeznań, uzależnianie warunków bytowych od podejmowania współpracy, a nawet kolaboracji. Amerykanie, Brytyjczycy, piloci Unii Afrykańskiej, Turcy, Belgowie i żołnierze innych narodowości byli głodzeni, torturowani, odmawiano im pomocy lekarskiej, a prawo otrzymywania korespondencji było nagrodą jedynie dla posłusznych i uległych.
Mimo skrajnie trudnych warunków, niemających w zasadzie nic wspólnego z zasadami traktowania jeńców określonymi w międzynarodowym prawie konfliktów zbrojnych, większość jeńców przetrzymywanych przez komunistów wróciła do swoich domów z honorem (z możliwości pozostania w Północnej Korei skorzystało zaledwie 19 jeńców amerykańskich i jeden Brytyjczyk). Co pomogło im przetrwać, zachować wiarę i pozostać ludźmi dumnymi, choć zniewolonymi? Odpowiedź na tak postawione pytanie nie jest prosta, ale wśród czynników bardzo istotnych, a może nawet kluczowych wymienić można: poczucie wspólnoty wynikające z esprit de corps, swoisty duch subsydiarności cechujący jenieckie wspólnoty i czynnik być może najważniejszy – głębokie, wynikające z wychowania przekonanie, że tak właśnie powinien postępować każdy, kto chce zasłużyć na miano „człowieka przyzwoitego”.
Wspomnienia te, zwłaszcza u polskiego czytelnika, mogą wywołać jeden poważny dysonans. Otóż podczas podejmowanych prób ucieczki Farrar-Hockley dwukrotnie przynajmniej korzystał z pomocy cywilnych Koreańczyków z Północy, chłopów i rybaków. Ich los po pojmaniu nie zaprzątał jednak jego uwagi, a może po prostu nie dał temu wyrazu, gdyż nie pojmował na jakie ryzyko narażali się dla niego.
Uwaga powyższa nie może być jednak powodem rezygnacji z lektury „Ostrza miecza”. Jest to bowiem najwyższej próby wojskowe pamiętnikarstwo, które wyszło spod pióra niepospolitego autora, który przede wszystkim był żołnierzem, a dopiero później literatem
Anthony Farrar-Hockley „Ostrze miecza”, wyd. Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2009

O ile wojenne dokonania japońskiej Cesarskiej Marynarki Wojennej podczas wojen toczących się w pierwszej połowie XX wieku, począwszy od zwycięskiej bitwy pod Cuszimą z flotą carską, w 1905 r., a skończywszy na błyskotliwej kampanii na Pacyfiku z lat 1941-42 mogą budzić szczery podziw, o tyle brutalne postępowanie Japończyków z jeńcami wojennymi budzi wyłącznie grozę. Temu zagadnieniu poświęcona jest dokumentalna publikacja autorstwa Marka Feltona, wydana po raz pierwszy w 2007 r. w Wielkiej Brytanii, która właśnie ukazała się nakładem poznańskiego wydawnictwa Replika po polsku.
Autor stawia tezę, iż eksterminacja rozbitków oraz jeńców pojmanych przez okręty japońskiej marynarki wojennej na morzu stanowiła ponurą żelazną regułę postępowania, zaś los alianckich żołnierzy przebywających w obozach administrowanych przez cesarską flotę był równie tragiczny. Dość powiedzieć, iż zgony wśród jeńców znajdujących się w rękach niemieckich nie przekroczyły jednego procenta (z wyłączeniem jeńców sowieckich, wobec których Niemcy nie stosowali ustaleń konwencji genewskiej), o tyle śmiertelność wśród jeńców będących w rękach japońskich wynosiła ok. 45 proc. Jest to wartość porażająca, zwłaszcza iż prócz chorób, pracy przymusowej i głodzenia częstą przyczyną śmierci były tortury i wyrafinowane egzekucje dokonywane m.in. przy pomocy samurajskiego miecza. Co ciekawe, ofiarą japońskich oprawców w marynarskich mundurach padali także… obywatele państw sojuszniczych, nie wyłączając III Rzeszy – taki los spotkał kilkudziesięcioosobową grupę niemieckich misjonarzy katolickich i zakonnic zagarniętych na jednej z wysp na Pacyfiku.
Po wojnie z uwagi na swoistą zmowę milczenia wśród sprawców, zniszczenie dokumentacji, powojenny chaos oraz sytuację spowodowaną wybuchem konfliktu koreańskiego do sądowego ścigania japońskich zbrodniarzy wojennych doszło wyłącznie w incydentalnych przypadkach. Wielu z nich żyje do dziś w spokoju, nie żywiąc poczucia winy. Z tego punktu widzenia książka Feltona jest godna szczególnej uwagi. Jej lektura ułatwia zrozumienie bezlitosnej postawy amerykańskich marines podczas walk z Japończykami na wyspach na Pacyfiku oraz decyzji o użyciu przeciw cesarstwu broni atomowej, co z perspektywy czasu można zinterpretować jako okrutną amerykańską zemstę. XXL
Mark Feston „Rzeź na morzu. Zbrodnie Cesarskiej
Marynarki Wojennej Japonii”, wyd. Wydawnictwo
Replika, Zakrzewo 2009

Tajemnice Wunderwaffe
65 lat temu, w nocy z 25 na 26 lipca 1944 r. w miejscowości Wał Ruda w Małopolsce odbyła się operacja pod nazwą „Trzeci Most”. Do brytyjskiego samolotu Dakota, który wylądował na polowym lotnisku, załadowano części niemieckiej rakiety V-2 przejętej wcześniej przez polskie podziemie. Rakieta, wraz z raportem przygotowanym przez polskich specjalistów, bezpiecznie trafiła do Londynu, gdzie przeprowadzono jej analizę. M.in. o tej właśnie akcji możemy przeczytać w książce młodego historyka Łukasza Piechockiego pt. „Niemiecka broń V-1 i V-2”. Jego praca to najnowsza na polskim rynku monografia traktująca o rakietach V-1 i V-2, tajnej broni Hitlera, która miała zmienić losy wojny.
Autor opisuje początki prac nad bronią rakietową w Europie (rozpoczęte już w końcu XIX w.) i niemieckie osiągnięcia w tym względzie. Przedstawia naukowców zaangażowanych w badania w latach 30. (często prowadzone na własną rękę) oraz rozwój programu rakietowego podczas wojny. Osobny rozdział poświęcony został na prezentację alianckich sposobów obrony przed atakami V-1 i V-2. Badacz opisuje starania brytyjskiego wywiadu zmierzające do rozpracowania niemieckich wynalazków, przedstawia też działania wywiadu Armii Krajowej, któremu udało się zdobyć nadzwyczaj wiele cennych informacji o nowej broni. Efektem wywiadowczych rozpracowań był miażdżący nalot bombowy przeprowadzony przez Brytyjczyków na ośrodek w Peenemünde w nocy z 17 na 18 sierpnia 1944 r. Inny ważny epizod opisany w książce to przejęcia przez Armię Krajową fragmentów rakiet odpalanych z poligonów w okolicach wsi Blizna i Sarnaki, ukoronowane przechwyceniem 20 maja 1944 r. całej rakiety V-2, która nie eksplodowała. To właśnie ją przewieziono do Londynu podczas wspomnianej akcji „Trzeci Most”.
Mniej znanym epizodem przedstawionym w książce jest udział francuskiego ruchu oporu w odkryciu tajemnicy nowej broni. Rozdział III poświęcony został na opis wykorzystania rakiet w działaniach wojennych i ich realnego wpływu na przebieg II wojny światowej. Mimo że ostrzał Wielkiej Brytanii i Londynu pociskami rakietowymi powodował spore straty ludzkie i materialne, wywoływał też psychozę strachu u mieszkańców brytyjskiej stolicy; ta nowa „cudowna” broń nie była jednak w stanie odwrócić losów wojny. Alianci szybko opracowali sposoby obrony przeciwlotniczej, a ich piloci (w tym także Polacy) potrafili na różne sposoby strącać nadlatujące rakiety.
Książka kończy się przedstawieniem powojennych losów osób zaangażowanych w niemiecki program rakietowy. Ich najbardziej znanym reprezentantem tego środowiska jest na pewno Wernher von Braun, który poświęcił swoją wiedzę i talenty dla budowy amerykańskich rakiet kosmicznych. Książka Łukasza Piechockiego to przystępnie napisana, popularna monografia niemieckiej broni rakietowej, którą z przyjemnością przeczytają wszyscy miłośnicy historii wojskowej. MMS „Komandos” objął tę publikacje swym patronatem.
Paweł Stachnik
Łukasz Piechocki, „Niemiecka broń V-1 i V-2”, wyd. Dom Wydawniczy
Rebis, Poznań 2009.

Wreszcie na rynku publikacji o charakterze historyczno-wojskowym ukazała się (z niejakim opóźnieniem) zapowiadana już jakiś czas temu na naszych łamach monografia polskiej żandarmerii wojskowej w latach międzywojennych. Ta bardzo przyzwoicie opracowana i starannie wydana książka stanowi cenne uzupełnienie rozproszonych dotąd tekstów poświęconych tej formacji wojskowo-policyjnej, bez której – jak mawiał sam Napoleon Bonaparte – nie może sprawnie funkcjonować żadna armia.
We wstępie autor przypomina prapoczątki polskiej żandarmerii polowej datujące się na rok 1609, a następnie czyni przegląd tych struktur do czasu ukonstytuowania się II RP. Datą, w której rozpoczynają się szczegółowe rozważania dotyczące tej formacji, jest rok 1921, a datą zamykającą jest tok 1939, niestety, książka nie odnosi się do udziału żandarmerii WP w działaniach wojennych, a szkoda, bowiem choćby skromny zarys tych działań lub przytoczenie jakiegoś wybranego epizodu stanowiłoby zarówno ciekawe zamknięcie tego wartościowego opracowania, jak też byłoby zapowiedzią nowego tematu badawczego. Póki co wypada żywić nadzieję, iż takie opracowanie ujrzy kiedyś światło dzienne.
Książka ma standardową konstrukcję monografii naukowej, a w jej kolejnych rozdziałach zostały omówione: organizacja tej formacji, jej uzbrojenie i wyposażenie specjalistyczne, procedury szkoleniowe, zakres działań służbowych oraz współpraca z innymi organami ścigania. W rozdziale poświęconym uzbrojeniu na uwagę zasługują informacje dotyczące broni wyborowej z optyką oraz automatycznej, jaka trafiła do tej formacji, w rozdziale poświęconym szkoleniu odnajdziemy ciekawe epizody dotyczące realiów służby i kwestii personalnych wynikające z cytowanych notatek oraz dokumentów personalnych, zaś w rozdziale ostatnim dzięki zarysowaniu zasad współpracy żandarmerii WP z WSI, Policją Państwową oraz formacjami granicznymi – SG i KOP uzyskamy wgląd w ogólny system bezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego II RP.
Na zakończenie nadmieniam raz jeszcze, iż w publikacji tej tkwi istotny potencjał rozwojowy i byłoby grzechem zaniechania niewykorzystania go. XXL
Edward Jaroszuk „Żandarmeria wojskowa w latach
1921-1939”, wyd. Wydawnictwo Avalon, Kraków 2009

Sowiecko-fińska „wojna zimowa„(grudzień 1939 – kwiecień 1940) obrosła cała masą legend. Jedna z nich dotyczy postaci fenomenalnego strzelca wyborowego – Simo Hayha – prostego karelskiego rolnika i myśliwego, który trafił do wojska w wyniku powszechnej mobilizacji i wkrótce, ku swemu własnemu zdziwieniu, został snajperem wszech czasów. I nadal zajmuje pierwsze miejsce na liście najskuteczniejszych strzelców z imponująca liczbą 542 celnych trafień.
Kolejny na tej ekskluzywnej liście jest Rosjanin Iwan Sidorenko, który z liczbą 500 trafień otwiera istny peleton sowieckich snajperów-stachanowców. Postać Simo Hayha wyłania się z szeregów 6. kompanii w prosty, bezpretensjonalny sposób, jako skromny sierżant ze standardowym karabinem w ręku.
„Robiłem to, co mi kazano – najlepiej, jak mogłem” – tak skomentuje po latach swój udział w tej okrutnej wojnie i swe strzeleckie wyczyny. W opowieści autorstwa Petri Sarjanena – Simo – najskuteczniejszy snajper w historii wojen jest postacią centralną, ale nie jedyną. Jego 6. kompania, to istny zbiór żołnierskich indywidualności, które współpracująze sobą jak palce jednej ręki, a gdy zajdzie potrzeba zwijają się w twardą pięść, która potrafi zadawać wrogowi nadzwyczaj bolesne ciosy.
Co ciekawe, książka ta nie jest ani przyprawiona wawrzynem bohaterstwa, ani też podlana „heroicznym sosem”; w oczach uczestniczących w niej Finów to prosta sprawa – twarda konieczność. Jeśli już autor sięga po jakiś literacki wzorzec, to bodaj najbliższy jest on kanonowi opowieści łotrzykowskiej, tyle tylko, ze mamy do czynienia z budzącymi grozę faktami. Uderzający jest też brak w narracji negatywnych odniesień do Rosjan, jako przeciwnika; jest oczywiste że to twardy przeciwnik i wróg, którego trzeba za wszelka cenę powstrzymać. I tyle. W przypadku „Białej śmierci” mamy do czynienia z literaturą wojenną najwyższego lotu, opowiedzianą prosto i wzruszająco (w eleganckim przekładzie Bożeny Kojro). Smak i siłę tej opowieści z pewnością docenią Czytelnicy „Komandosa”, którzy zechcą po nią sięgnąć. Niestety wadą książki jest to, iż nie została ona poddana merytorycznej redakcji pod kątem wojskowym, co zaowocowało pewną liczbą zbędnych neologizmów, które proponujemy usunąć w przypadku ewentualnego dodruku.
XXL
Petri Sarjanen „Biała śmierć. Najskuteczniejszy snajper
w historii wojen – Simo Hayha”, wyd. Wydawnictwo Replika,
Zakrzewo 2009

Mafia to swoisty „znak towarowy” o zasięgu międzynarodowym, rozpoznawalny pod każdą szerokością geograficzną – wywodzący się z Włoch, podobnie jak pizza, czy też ser mozarella. Tyle tylko, że nazwa ta ma zdecydowanie negatywny odcień znaczeniowy. Literatury poświęconej
mafii – także tej o ambicjach para dokumentalnych – ukazało się na naszym rynku całkiem sporo, w większości jest ona całkowicie bezwartościowa.
Na tym tle zdecydowanie wyróżniają się trzy poniższe publikacje.
Pierwsza z nich, to reporterska książka młodego dziennikarza Roberto Saviano, która wstrząsnęła włoską opinią publiczną na tyle mocno, że poruszyła także decydentów z kręgów mafijnych, którzy na autora wydali zaoczny wyrok śmierci. Odtąd egzystuje on pod całodobową ochroną policyjną, a jego książka posłużyła jako kanwa filmu fabularnego.
Saviano niemal całkowicie „wtopił się” w mafijne środowisko, przez całe lata egzystował na jego marginesie, zbierając materiały; kiedy je opublikował, „zatrzęsła się ziemia”, także pod jego stopami. Jego opowieść o neapolitańskiej mafii prowadzona jest nad zwyczaj spokojnie i rzeczowo, lecz pod tym pozornym spokojem można wyczuć zimną furię człowieka, który doskonale wie, iż ta nieformalna instytucja uczyniła z wielkiego europejskiego państwa swój folwark, a z wielu jego obywateli – zakładników. Książka napisana jest bardzo dobrze, a niektóre epizody, jak np. wizyta drobnego mafioso w prywatnym domu słynnego konstruktora broni – Michała Kałasznikowa – wprost fenomenalne.

Dwie kolejne publikacje poświęcone mafii – włoskiej i rosyjskiej – jako strukturom ochronnym w biznesie, to z kolei literatura socjologiczna z najwyższej półki,która w chłodny, rzeczowy, beznamiętny sposób opisuje i porządkuje rzeczywistość istniejąca w tym zakresie.
Mimo ewidentnie naukowego charakteru obu tych prac przed ich potencjalnym czytelnikiem rysują się dwa problemy. Po pierwsze trudno dokonać wyboru, po którą sięgnąć, jako pierwszą, po wtóre – kiedy już dokona się wyboru – trudno oderwać się od lektury. Mamy więc do czynienia z dwoma kompetentnymi, a ponadto świetnie napisanymi podręcznikami mafijnego biznesu. Aż się prosi, aby kontynuować ten temat, jako serię wydawnicza omawiającą w dalszej kolejności rolę japońskiej yakuzy czy też chińskich triad, a następnie zająć się mafią południowoamerykańską, a zakończyć intelektualną podróżą w USA.
Zaś co do mnie osobiście, odtąd nie potraktuje poważnie żadnej rodzimej publikacji poświęconej temu zagadnieniu, która nie będzie się w przypisach i bibliografii odwoływać do przynajmniej jednej ze wzmiankowanych opracowań.
XXL
Roberto Saviano „Gomora. Podróż po imperium kamorry”, wyd. SW Czytelnik, Warszawa
2008
Diego Gambetta „Mafia sycylijska. Prywatna ochrona jako biznes”, wyd. Oficyna
Naukowa, Warszawa 2009
Federico Varese „Mafia rosyjska. Prywatna ochrona w nowej gospodarce rynkowej”,
wyd. Oficyna Naukowa, Warszawa 2009

Jednym z elementów sterowania pośredniego społeczeństwem w Rosji - używając nomenklatury socjocybernetycznej – jest stosowanie socjotechniki propagandy, która ma na celu kultywowanie przez obywateli szacunku i dumy z własnych sił zbrojnych. Nie jest to nic odkrywczego, bowiem etos wojskowy wśród Rosjan jest obecny od wieków, bez względu na to, jaki system polityczny panował w Rosji. Siły zbrojne zawsze były oczkiem w głowie rządzących Rosją. Nie inaczej jest obecnie.
W tym celu w Rosji funkcjonuje cały aparat informacyjny: od produkcji filmowych, promowania służby w armii rosyjskiej w szkołach i organizacjach młodzieżowych („Nasi”), poprzez zespoły muzyczne („Gołubyje berety”, „Ljube”), aż po książki i wojskowe czasopisma specjalistyczne. Jednym z takich czasopism jest miesięcznik „Bratiszka” ukazujący się na rosyjskim rynku od 1997 roku. Jego podtytuł brzmi: „Pismo oddziałów specjalnego przeznaczenia”. Publicystyka obecna na łamach „Bratiszki” koncentruje się głównie na oddziałach specjalnych sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Z tego miesięcznika możemy dowiedzieć się o aktualnościach, wydarzeniach takich jak: manewry, poligony, czy ćwiczenia, w których oddziały specjalne biorą udział.
W ubiegłym roku, po zakończeniu działań wojennych na Kaukazie pomiędzy Gruzją a siłami zbrojnymi FR, w „Bratiszce” ukazało się kilka artykułów opisujących ten konflikt oraz rolę specnazu w tych wydarzeniach. Jednakże stopień obiektywizmu tych relacji budził pewne wątpliwości, bowiem czytając te teksty, odnosi się wrażenie, że ich autorom nie udało się uniknąć subiektywnych ocen oraz elementów stricte propagandowych. Redaktorzy „Bratiszki” dużo miejsca poświęcają także historii rosyjskich oddziałów specjalnych, przypominając ich działania podczas wojny w Afganistanie, przedstawiając sylwetki weteranów i bohaterów tych oddziałów. Jednakże publicystyka tego miesięcznika jest szersza. Regularnie ukazują się opisy najnowocześniejszych modeli broni dla oddziałów specjalnych oraz specjalistycznego wyposażenia i sprzętu. Obecne są też recenzje wydawnictw, książek oraz omówienia specjalistycznych stron internetowych. Interesująca jest też rubryka historyczna, w której regularnie ukazują się artykuły i opracowania na temat historii wojskowości i według mnie jest to jeden z najsilniejszych atutów tego czasopisma.
Obok rubryki historycznej zamieszczone jest kalendarium, w którym odnotowane są ważne wydarzenia z historii wojskowości i historii rosyjskich oddziałów specjalnych. Stosunkowo niewiele miejsca, jak na tego typu pismo, poświęca się na jego łamach na relacje i opis działalności młodzieżowych grup i środowisk paramilitarnych. Ta tematyka w zasadzie jest w „Bratiszce” śladowa. W miesięczniku zamieszczona jest cała masa reklam firm produkujących sprzęt dla oddziałów specjalnych i firm ochroniarskich, wydawnictw oraz targów bezpieczeństwa. Czasopismo ma objętość 80 stron, a jego niewątpliwym atutem jest znakomitej jakości papier i bardzo dobrej jakości zdjęcia. Siłą rzeczy, czytając „Bratiszkę”, porównuje się do naszego „Komandosa”, bowiem tematyka poruszana przez oba te pisma jest bardzo podobna.
„Bratiszka” jest bez wątpienia obok innego czasopisma wydawanego w Rosji – „Sołdat udaczi”, będącego rosyjską emanacją wydawanego na Zachodzie „Soldier of fortune”, najważniejszym i najciekawszym czasopismem ukazującym się na rosyjskim rynku wydawniczym.
Ci, którzy szukają informacji na temat rosyjskich oddziałów specjalnych, po lekturze kolejnych numerów „Bratiszki” na pewno nie będą rozczarowani.
Tomasz Formicki

Wolałbym wprawdzie, by na Bliski i ŚrodkowyWschód Polska „eksportowała” inżynierów–budowlańców, chemików, drogowców, urbanistów – niż żołnierzy, ale mówi się trudno; dobre i to. Wszakże i spośród „zielonych szeregów”, wyłaniają się autorzy o horyzontach wykraczających daleko poza swą specyficzną profesję. Do kręgu takich osób zaliczam płk. Krzysztofa Korzeniewskiego, kierownika Zakładu Epidemiologii i Medycyny Tropikalnej Wojskowego Instytutu Medycznego wGdyni, uczestnika misji wojskowych na bliskim Wschodzie, w Azji Centralnej i Afryce Subsaharyjskiej, autora czterech informatorów („Irak”, „Liban”, „Syria. Wzgórza Golan”, „Afganistan”), z których każdy następny stał na coraz wyższym poziomie merytorycznym i pisarskim.
Informatory te – w każdym przypadku – biły na głowę te, jakie powstały w stosownych departamentach MON. Warto nadmienić, iż są one przydatne nie tylko dla żołnierzy, lecz także dla szerokiego kręgu czytelników, zaś autor nie ograniczył się do pracowitego zebrania wiedzy już funkcjonującej, lecz znacznie wzbogacił treść tych publikacji o własne doświadczenia.
Kolejnym krokiem na pisarskiej ścieżce jest najnowsza książka autora, spełniająca wszelkie standardy publikacji naukowej, poświęcona medycznym aspektom współczesnych operacji wojskowych. W książce tej można odnaleźć szereg istotnych informacji dotyczących zagrożeń występujących na poszczególnych obszarach pełnienia misji wojskowych, zarówno dla tamtejszej ludności, jak i dla operujących tamże sił międzynarodowych.
Poza zawartą w tej publikacji unikalną wiedzą dodatkowym walorem pracy jest jej zwarta, przejrzysta konstrukcja oraz klarowny język przekazu, co czyni ją przyjazną w lekturze i sprawia, iż może ona być przydatna nie tylko w wąskich środowiskach medycznych. Polecam tę publikację zarówno wysokim oficerom WP, jak też dyplomatom i politykom, a także przedsiębiorcom, którzy rozważają prowadzenie interesów na omawianych obszarach. Kolejną książką, jaką chcę serdecznie polecić naszym Czytelnikom, jest publikacja wybrana spośród szerokiej oferty tytułowej Domu Wydawniczego Bellona poświęcona ratownictwu medycznemu.
Każdy, kto posiadł doświadczenie z zakresu bytowania, trampingu, indywidualnych dalekich podróży czy też uprawiał sporty ryzyka, wie doskonale, iż wszystko zdarzyć się może, a w razie nieszczęśliwego wypadku często zdani jesteśmy na wąski krąg współtowarzyszy podróży lub też na samych siebie. Dlatego też publikacja ta, opracowana przy udziale profesjonalnych ratowników medycznych, zawierająca szereg uporządkowanych procedur i modeli postępowania jest szczególnie przydatna dla osób żyjących aktywnie i nie stroniących od ryzyka. Może także być użyteczna w życiu codziennym, umiejętność niesienia pierwszej pomocy oraz zdolność do samoratowania się, powinna bowiem być obowiązkiem nowoczesnego człowieka. XXL
Krzysztof Korzeniewski „Afganistan, gdzie regułą jest brak reguł”, wyd. Wydawnictwo
Akademickie Dialog, Warszawa 2006
Krzysztof Korzeniewski „Współczesne operacje wojskowe. Zagrożenia zdrowotne
w odmiennych warunkach klimatycznych i sanitarnych”, wyd. Wydawnictwo Akademickie
Dialog, Warszawa 2009
Tod Schimelpfenig „Pierwsza pomoc w warunkach ekstremalnych” wyd. Dom Wydawniczy
Bellona, Warszawa 2009

Nie tylko komuniści…
Białogwardyjskie służby specjalne w wojnie domowej 1918-1922
W naszym kraju funkcjonuje wiele stereotypów na temat Rosji. Obecnie o Rosji, bez względu na ustrój, jaki w niej panuje pisze się w Polsce źle lub w najlepszym przypadku z obojętnością. W świadomości większości Polaków funkcjonuje stereotyp „Rosjanina- komunisty” i „komunistycznej Rosji”, gdy tymczasem fakty historyczne zaprzeczają temu. Jest to m.in. pokłosie trudnych relacji, delikatnie rzecz ujmując w polsko-rosyjskich stosunkach na przestrzeni trzech ostatnich wieków.
Ten stereotypowy obraz powoli zaczyna być wypierany przez historyczne fakty, bowiem w Polsce, w ostatnich latach ukazały się książki, które zaprzeczają temu uproszczonemu schematowi. Można tutaj przytoczyć chociażby wydane w latach 90. przez Dom Wydawniczy „Bellona” „Wspomnienia” Piotra barona Wrangla (to książka o ponadprzeciętnych walorach literackich), dowódcy sił antybolszewickich podczas wojny domowej w Rosji, „Spojrzenie w otchłań” Władimira Maksimowa o innym przywódcy rosyjskiej kontrrewolucji admirale Aleksandrze Kołczaku, czy też recenzowana ostatnio na łamach „Komandosa” książka autorstwa Dariusza Wierzchosia „Generał Piotr Wrangel”. Nie sposób pominąć w tym miejscu powieści szpiegowskich z białogwardyjskimi wątkami w tle, autorstwa byłego eksperta francuskich służb specjalnych ds. Europy Środkowo- Wschodniej, specjalisty z zakresu walki informacyjnej Vladimira Volkoff’a: „Carskie sieroty”, „Montaż”, czy „Werbunek”. Te pozycje wsparte przez doskonałe studium wybitnego sowietologa Richarda Pipesa „Rewolucja rosyjska”, które – jak żadna inna publikacja – obnaża spustoszenie w świadomości Rosjan, jakiego dokonali bolszewicy z Leninem i Trockim na czele, stanowią pewien fundament, na którym można oprzeć rzeczową i merytoryczną dyskusję na temat przeszłości Rosji w ostatnich stu latach.
Tak więc luka w zakresie wiedzy historycznej Polaków na temat antykomunistycznego oporu Rosjan jest wypełniana powoli, aczkolwiek systematycznie. Natomiast kwestia organizacji i działalności kontrrewolucyjnych, białogwardyjskich służb specjalnych w ogóle jest w Polsce nieznana i stanowi swoistą białą plamę. Ten fakt, potwierdza Jan Larecki, autor monumentalnego „Wielkiego leksykonu służb specjalnych świata”, który napisał: „Dość skąpa jest wiedza na temat organizacji służb wywiadowczych i kontrwywiadowczych białych wojsk walczących z bolszewikami w latach 1918-20” (str. 558).
Dlatego z wielkim zaciekawieniem i uwagą sięgnąłem po książkę N.S. Kirmieła „Biełogwardijskije specsłużby w grażdanskoj wojnie 1918-1922” (Białogwardyjskie specsłużby w wojnie domowej 1918-1922) wydanej przez wydawnictwo „Kućkowo polje” w serii „Specsłużby wciera i siewłodnia” (Specsłużby wczoraj i dzisiaj). Ciekawostką jest fakt, że każda książka tej serii opatrzona jest emblematem „Sojuz weteranow gosbiezopasnosti” (Stowarzyszenia weteranów bezpieczeństwa publicznego), które patronuje i wspiera każdą publikację ukazującą się w tej serii wydawniczej.
Jak przyznaje sam autor we wstępie, podstawowymi materiałami w pracy nad tą książką były dokumenty Państwowego Archiwum Wojennego Federacji Rosyjskiej i Archiwum Federacji Rosyjskiej. Oznacza to, że wykorzystał materiały źródłowe, a więc pewne fakty opisane przez niego po raz pierwszy ujrzały światło dzienne, co bez wątpienia stanowi duży atut tego opracowania.
„Białogwardyjskie specsłużby w wojnie domowej 1918-1922” podzielone są na trzy na części. W pierwszej zatytułowanej „Powstanie, kształtowanie się i rozwój białogwardyjskich specsłużb” opisany jest proces powstawania tychże służb w chaosie I wojny światowej oraz w wirze rozpętującej się wojny domowej. Opisane są tam zarówno zadania, jak i sama struktura organizacyjna wywiadu, kontrwywiadu oraz dobór i rozmieszczenie kadr, a także podstawowe zagrożenia dla kształtowania się struktur administracji państwowej na terenach zajętych przez siły białogwardyjskie.
Kontrrewolucyjne specsłużby w dużej mierze opierały się o carski wywiad wojskowy, co stwarzało pewne trudności, gdyż w pewnym stopniu rosyjskie wojskowe służby specjalne podczas trwania I wojny światowej zależały również od swych sojuszników, zwłaszcza francuskich. W armii carskiej następowało systematyczne rozdrobnienie. Okręgi wojskowe były niezależne od Sztabu Generalnego. Każdy z nich miał swoją własną sekcję wywiadu i własną szkołę agentów. Wynikała z tego ostra rywalizacja pomiędzy dowódcami tych regionów i rzadko zdarzało się, aby łączyli oni swe wysiłki. W dużym stopniu ograniczało to skuteczność działania rosyjskiego wywiadu wojskowego na froncie, co później miało także negatywny wpływ na działania operacyjne w walce z bolszewikami.
Część druga nosi tytuł „Podstawowe kierunki działania organów wywiadowczych”. W części tej autor przybliża sposób prowadzenia agentury wywiadowczej zarówno w Rosji, na terenach zajętych przez czerwonych, jak i za granicą oraz wywiadowcze wsparcie oraz zabezpieczenie operacji wojskowych prowadzonych przez siły białogwardyjskie.
Jeżeli chodzi o prowadzenie działalności agenturalnej na terenie Rosji, to korzystano ze starych siatek wywiadowczych, jeszcze z czasów carskich. Z kolei za granicą opierano się głównie na pozostałościach aktywów carskiego wywiadu wojskowego. Agentami carskiej służby wywiadowczej byli przeważnie attache wojskowi w stolicach różnych krajów. Niektórzy z nich zyskali renomę dobrych agentów, jak na przykład hrabia Ignatiew, służący na placówkach w Danii, Szwecji, a następnie w Paryżu. Attache wojskowi składali raporty bezpośrednio swemu szefowi, zastępcy szefa Sztabu Generalnego - organu, w którym brak stabilności był niemal regułą (sześciu szefów zmieniło się kolejno od 1905 do 1914 r.). W sztabie powołano kilka podsekcji wywiadu: podsekcja II-Turcja; podsekcja IV-Niemcy; podsekcja V-Austro-Węgry; podsekcja VI-Bałkany; podsekcja VII-Skandynawia.
Placówki wywiadu zewnętrznego dzieliły się na pięć regionów geograficznych: Sankt Petersburg, Wilno i Warszawa zajmowały się Niemcami; Kijów i Warszawa - Austro-Węgrami. Właśnie na tej bazie oraz tych aktywach, a w zasadzie ich pozostałościach, oczywiście z uwzględnieniem zmian na skutek zakończenia I wojny światowej oraz wybuchu wojny domowej na terenie Rosji funkcjonowała sieć wywiadu zagranicznego kontrrewolucyjnych służb specjalnych.
Część trzecia nosząca tytuł „Kontrwywiadowcze zapewnienie bezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego białogwardyjskiego porządku społecznego”. Opisany jest w niej sposób i metody zapobiegania działalności szpiegowsko-wywrotowej ze strony bolszewików i innych państw oraz organizacji. Zwalczanie bolszewickiego podziemia na terenie opanowanym przez siły białogwardyjskie, kontrola nad nastrojami politycznymi panującymi zarówno w armii, jak i w społeczeństwie oraz walka z przestępczością, która podczas działań wojennych siłą rzeczy nasiliła się.
Dodatkowymi atutami książki są zawarte na jej końcu schematy organizacji wywiadu i kontrwywiadu sił białogwardyjskich na Syberii i na południu Rosji oraz dokładnie opisana struktura oddziałów wywiadu i kontrwywiadu. Poza tym pozycja ta posiada bibliografię oraz skorowidz nazwisk, co czyni tę książkę przyjazną czytelnikowi i ułatwia korzystanie z niej.
Nie oznacza to jednak, że książka „Białogwardyjskie specsłużby” nie posiada mankamentów. Brakuje w niej omówienia działań na froncie informacyjno-propagandowym oraz metod prowadzenia wojny psychologicznej. Autor nie poruszył kwestii elementów socjotechniki propagandy, którą to bez wątpienia siły kontrrewolucyjne w swoich gazetach i biuletynach wykorzystywały, o czym w swoich „Wspomnieniach” napisał jeden z przywódców sił białogwardyjskich generał Piotr Wrangel.
Niemniej recenzowana książka jest pierwszym tak obszernym materiałem bezpośrednio dotykającym działalności białogwardyjskich służb specjalnych w okresie wojny domowej. Niestety książka dostępna jest tylko w języku rosyjskim. Szkoda, bowiem temat kontrrewolucyjnych specsłużb jest w naszym kraju nadal terra incognita, a mógłby być doskonałym uzupełnieniem do wydanych na naszym rynku księgarskim pozycji o ruchu kontrbolszewickim podczas wojny domowej w Rosji.
Oprócz wartości samej w sobie nie tylko dla badaczy historii, czy specjalistów z zakresu walki informacyjnej, także dla przeciętnych czytelników, ta książka może stanowić doskonałe źródło wiedzy o wojnie domowej w Rosji.
Poza tym to opracowanie nie tylkop przełamuje pokutujący w Polsce stereotyp „komunistycznej” Rosji, lecz także stanowi cenną, historyczną publikację, która na podstawie faktów udowadnia, że w czasie rewolucji bolszewickiej byli w Rosji ludzie, którzy jako pierwsi, z bronią w ręku przeciwstawili się komunizmowi. W przeciwieństwie do Niemiec, gdzie inny totalitaryzm – nazizm został przyjęty przez Niemców w sposób demokratyczny, w Rosji powstał ogromny ruch kontrrewolucyjny, który nie chciał przyjąć narzucanego siłą komunizmu. Duży wkład w ten antybolszewicki opór mieli ludzie z białogwardyjskich służb specjalnych i warto o tym pamiętać.
Tomasz Formicki
N.S. Kirmieł „Biełogwardijskije specsłużby w grażdanskoj wojnie 1918-1922”, ss. 509, wyd. „Kućkowo polje” Moskwa 2008

Wojna naprawdę
Wiosną 2004 r. w irackiej prowincji Karbala wybuchło szyickie powstanie. Uzbrojony fanatyczny tłum atakował posterunki policji i instytucje rządowe. Tłumy islamistów przez kilka dni szturmowały zaciekle budynek ratusza w tym mieście broniony przez osiemdziesięciu polskich i bułgarskich żołnierzy. Była to największa i najbardziej krwawa bitwa Polaków od czasu II wojny światowej. Podczas czterodniowego oblężenia nie zginął żaden z obrońców, a śmierć poniosły dziesiątki napastników.
Obrona karbalskiego ratusza to jedna z dziesięciu historii zamieszczonych w książce Marcina Górki i Adama Zadwornego (niektóre z tekstów były wcześniej publikowane w „GW”) i noszącej znamienny tytuł „Psy z Karbali” (to też odniesienie do tej historii). Autorzy, dziennikarze i reportażyści „Gazety Wyborczej” opisują udział polskich żołnierzy w irackiej misji przez pryzmat przeżyć konkretnych ludzi. Nie jest to uładzony obraz znany nam z krótkich telewizyjnych migawek z Iraku czy równie krótkich prasowych notek („Wczoraj w Iraku ostrzelany został patrol polskich żołnierzy...”). To obraz prawdziwej wojny, jaka się tam toczyła i prawdziwych ludzkich dramatów, jakie wywołała. U siedmiu obrońców ratusza w Karbali wojskowi lekarze zdiagnozowali zespół stresu bojowego. Dwóch od razu po walce wróciło do kraju. Inni unikają filmów wojennych, boją się hałasu, mają myśli samobójcze, depresję... Dwaj sanitariusze sparaliżowani strachem odmówili wyjścia z samochodu, by udzielić pomocy rannemu koledze. Po powrocie do kraju wytoczono im proces o tchórzostwo.
„Żołnierze mówią, że strach to żaden wstyd, bo tylko wariat się nie boi. Jedni pod gradem kul bledną, inni robią się zieloni, jeszcze inni czerwienieją. Dorośli mężczyźni moczą się. Komandosi robią w gacie. Modlą się. Wzywają Boga albo mamę. Płaczą. Na polu walki wszystko można zrozumieć” – piszą autorzy.
Inni bohaterowie książki to m.in. ks. Wiesław Okoń, kapelan pierwszej zmiany w bazie w Al-Kut, Waldemar Milewicz, reporter Telewizji Polskiej zabity w Iraku w 2004 r., gen. Jerzy Wójcik z 6. Brygady Desantowo-Szturmowej w Krakowie i archeolog Tomasz Burda, który po naukowym pobycie w Iraku wstąpił do wojska. Tę książkę powinni przeczytać wszyscy, którzy służą w wojsku i wszyscy, którzy wybierają się na misję. To bardzo pouczająca lektura. Patronem medialnym publikacji jest – rzecz jasna – MMS „Komandos”. (PS)
Marcin Górka, Adam Zadworny „Psy z Karbali. Dziesięć razy Irak”, Walkowska Wydawnictwo/Jeż, Szczecin 2009

Partyzanci Wielkiej Ojczyźnianej
Fenomen radzieckiego ruchu partyzanckiego podczas II wojny światowej, bez wątpienia w pełni zasługuje na dogłębne zbadanie i to zbadanie nowoczesne, wolne od naleciałości ideologicznych i politycznych. Niestety większość opublikowanych w ubiegłej epoce radzieckich opracowań poświęconych temu zagadnieniu była skażona w taki czy inny sposób komunistyczną ideologią. Obecnie czytelnikom zainteresowanym poznaniem tego zjawiska w sukurs przychodzi praca amerykańskiego (choć sądząc z nazwiska mającego słowiańskie korzenie) historyka Kennetha Slepyana zatytułowana „Partyzanci Stalina”. Radziecki ruch oporu w czasie II wojny światowej”.
Autor podjął ambitne zadanie stworzenia pełnej monografii tego zjawiska ze szczególnym uwzględnieniem aspektów politycznych i społecznych. Prawie pięćsetstronicowa publikacja obejmuje początki i rozwój wojny partyzanckiej w ZSRR w latach 1941-42 (ze szkicem na temat stosunku władz ZSRR do walki partyzanckiej przed wybuchem wojny), radzieckie dążenia do utrzymania kontroli nad terenami okupowanymi przez Niemców, warunki bytowe i uzbrojenie partyzanckich oddziałów, relacje z miejscową ludnością, stosunek do kolaborantów, rolę partii komunistycznej, obecność kobiet w oddziałach, akcje bojowe, a także – rzecz charakterystyczna dla stalinowskiego sposobu widzenia świata – swoiste partyzanckie odchylenie nazywane partizanszcziną i tępione przez centralę.
Osobny rozdział został poświęcony kwestiom narodowościowym w wojnie partyzanckiej i relacjom radzieckich partyzantów z Ukraińcami, Żydami, Polakami czy Tatarami (na Krymie). Wątek polski jest w książce obecny i został on opisany całkiem udanie, choć skromnie. Aż prosiłoby się szersze zarysowanie burzliwych relacji polskich i sowieckich oddziałów partyzanckich obejmujących pełne spektrum działań – od współpracy i wspólnej walki z Niemcami do otwartej wrogości i wzajemnych ataków. Trzeba jednak przyznać, że o skomplikowanych relacjach narodowościowych i historycznych w naszej części Europy autor pisze z wyczuciem i unikając częstych u zachodnich badaczy uproszczeń.
Sprawnie i przystępnie napisana, oparta na źródłach archiwalnych, relacjach świadków i bogatej literaturze przedmiotu praca Slepyana jest bardzo ciekawą lekturą, obowiązkową dla wszystkich miłośników II wojny światowej. Publikacja ta została objęta patronatem medialnym przez MMS „Komandos”.
Kenneth Slepyan, Partyzanci Stalina. Radziecki ruch oporu w czasie II wojny światowej, przeł. Jan Szkudliński, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2008
(PS)

Australijskie Termopile
Książka australijskiego dziennikarza Petera Fitzsimonsa, jaka ukazała się pod równie krótkim, co wiele mówiącym tytułem „Tobruk”,
to wielki epicki fresk wojenny o udziale Australijczyków w zmaganiach przeciwko wojskom włosko- niemieckim w Afryce Północnej podczas II wojny światowej. Osią tej dramatycznej opowieści są oczywiście uporczywe walki „szczurów pustyni” o pustynną twierdzę w Tobruku.
Warto nadmienić, iż na północnoafrykańskim teatrze działań wojennych w składzie brytyjskiej 8. Armii walczyło aż 15 tysięcy żołnierzy przybyłych z antypodów.
Jak się bili? „Ci ludzie z portowej dzielnicy Sydnej i owczych farm Riveriny, o posępnych, brudnych twarzach, w wielkich butach, z rewolwerami wepchniętymi w kieszenie, ściskający karabiny w dużych sękatych dłoniach, hałaśliwi i uśmiechnięci –zawsze uśmiechnięci” (…) Bili się jak jasna cholera…
Podczas dwudniowej bitwy z Włochami za cenę 49 zabitych i 306 rannych wzięli 27 tys. włoskich jeńców zdobyli 208 dział i 23 czołgi. Ale kiedy z chwilą przybycia gen. Erwina Rommla na czele Afryka Korps skończył się czas imponujących zwycięstw jednostki australijskie pokazały całą swą klasę trwając w uporczywej obronie przez 8 miesięcy. „Jest w nich coś szczególnego. Hunowie (Niemcy) walczą z ponurą determinacją, Anglicy według regulaminu, natomiast Australijczycy szaleją jak dzieci na pikniku, przeklinając i śmiejąc się cały czas” – napisał jeden z pamiętnikarzy.
Wobec takiego podejścia do wojaczki nic w tym dziwnego, że żołnierze australijscy jeszcze w Palestynie nawiązali serdeczne relacje z Polakami służącymi w Samodzielnej Brygadzie Strzelców Karpackich, których przeznaczeniem stała się także obrona Tobruku. W ogóle przez całą tę książkę wątek polski przewija się systematycznie, bowiem jednym z głównych rozmówców autora był Adam Mrozowiski, weteran SBSK.
Tobruk, jak Termopile, w ostateczności padł. Uparty Rommel zdobył go na żołnierzach południowoafrykańskich ale dla Australijczyków, podobnie jak dla Polaków, jego obrona jest przyczynkiem do uzasadnionej wojennej chwały.
XXL
Peter Fitzsimons „Tobruk”, wyd. Wydawnictwo Magnum,
Wrszawa 2008

Phil Rees, dziennikarz renomowanej brytyjskiej agencji informacyjnej BBC, zajmuje się zagadnieniem
terroryzmu od ponad 25 lat. Kiedy zaczynał swoją działalność w rankingu najskuteczniejszych organizacji terrorystycznych, „pierwsze skrzypce” odgrywały Irlandzka Armia Republikańska i Organizacja Wyzwolenia Palestyny. Młody Osama bin Laden nosił jeszcze koszulę w zębach, dostarczając ciężki sprzęt budowlany afgańskim mudżahedinom walczącym o niepodległość swego kraju z armią sowiecką. Co ciekawe, sprzęt ten docierał do Afganistanu tymi samymi kanałami przerzutowymi pakistańskiego wywiadu wojskowego, co słynne amerykańskie rakiety przeciwlotnicze stinger, które miały gwałtownie zakończyć epokę wszechwładnego panowania w powietrzu samolotów i śmigłowców z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach i na kadłubach. W ówczesnych konkretnych okolicznościach przyszły superterrorysta i rząd USA mieli status? towarzyszy broni.
Zanim to specyficzne „braterstwo broni” przerodziło się w śmiertelną wrogość Rees czynił swoją dziennikarską powinność na wszystkich możliwych terrorystycznych frontach. Zgodnie z kanonami swego zawodu zawsze usiłował dotrzeć zarówno do źródła informacji, jak też osobiście wysłuchać racji ludzi, którzy planowali strategie terroru oraz dowodzili podziemnymi komandami. Wielokrotnie podczas tych spotkań „oko w oko z terrorystą” ryzykował głową, ale zawsze wychodził bez szwanku, bowiem przez wszystkie te lata był wobec swoich rozmówców uczciwy. Nie dał się zmanipulować ani rządowym specjalistom od piaru, ani państwowym agendom wywiadowczym. Po latach, i otrzymaniu wielu nagród za swą pracę, jako nad wyraz obiektywnego dokumentalisty, napisał książkę będącą zapisem spotkań z najniebezpieczniejszymi terrorystami świata, do jakich dotarł.
Rees przedstawia racje swoich rozmówców w sposób prosty, jasny i uczciwy; jego zdaniem ich barbarzyńskim postępowaniem kieruje rozpacz i beznadzieja, a nie patologiczna żądza mordu. Uważa też, iż władze państwowe, także państw demokratycznych, z zasady manipulują przekazem medialnym w kwestii terroryzmu, posługując się półprawdami, w celu wywołania lękowych odruchów społecznych. Jego też zdaniem skala sił i środków zaangażowanych w tzw. „światową wojnę z terroryzmem” jest niewspółmiernie wysoka wobec realnej skali zagrożenia. Warto pamiętać, że Rees w swych poglądach
nie jest ani lewakiem, ani też apologetą przemocy chorobliwie zafascynowanym zjawiskiem terroryzmu, on to zjawisko najzwyczajniej zna, gdyż styka się z nim „dotykowo” od bez mała trzydziestu lat.
Lektura jego dokumentalnej książki powinna być obowiązkowa dla wszystkich domorosłych „ekspertów” w zakresie terroryzmu wychowanych na literaturze powstałej w kręgach uniwersyteckich.
Phil Rees „Kolacja z terrorystą. Spotkania z najbardziej poszukiwanymi bojownikami na świecie”, wyd. TAiWPN Universitas, Kraków 2008
XXL

Rak toczący imperium
Federacji Rosyjskiej i Rzeczpospolitej zazwyczaj jest nie po drodze; najczęściej z powodu historycznych zaszłości. Tym niemniej trudno ignorować fakt, iż nadal jesteśmy bezpośrednimi sąsiadami i to zarówno w wymiarze lądowym jak i morskim. Obwód Kaliningradzki z równym powodzeniem może stać się strefą dobrobytu – czymś na kształt nadbałtyckiego Szanghaju – jak też ulem pełnym wściekłych szerszeni. Tak czy inaczej demonstracyjny brak zainteresowania problemami sąsiedniego państwa nie jest świadectwem nadmiaru rozwagi. Tymczasem sensownych publikacji omawiających w rzeczowy sposób faktyczna sytuację istniejącą w Rosji w zakresie bezpieczeństwa wewnętrznego tego państwa jest w Polsce jak na lekarstwo, zaś analitycy młodego pokolenia często posługują się literaturą przedmiotu pochodzenia anglosaskiego ignorując publikacje rosyjskie – podejrzewam, iż dzieje się tak w skutek systematycznego zaniku wśród nich znajomości języka rosyjskiego…
Na tle wzmiankowanego powyżej „bezrybia” na szczególną uwagę zasługuje publikacja krakowskiego politologa – dr. Kazimierza Kraja, adiunkta w Toruńskiej Szkole Wyższej, poświęcona walce współczesnego państwa rosyjskiego z różnymi odmianami terroryzmu; z zastrzeżeniem, iż autor za najniebezpieczniejszą jego odmianę uznaje terroryzm islamski, który – w jego przekonaniu – o ile nie zostanie powstrzymany może zagrozić spoistości politycznej całej Federacji Rosyjskiej.
W części pierwszej swej publikacji autor odniósł się – niejednokrotnie w sposób krytyczny – do kwestii metodologicznych. Część druga została skonstruowana jako zarys tego zjawiska w dziejach Rosji od czasów carskich, aż do współczesności. Na marginesie warto wspomnieć, iż autor błysną w tym przypadku także talentem narracyjnym nie odstępując jednak ani na cal od zasad pracy stricte naukowej. Część trzecia poświęcona została rosyjskiemu „onarzędziowaniu” w walce z terroryzmem – omówiono w niej struktury temu służące oraz rozwiązania formalno-prawne. W częściach czwartej i piątej autor zaprezentował kolejne pola walki z terroryzmem, poczynając od wymiaru kontynentalnego, a kończąc na wymiarze ogólnoświatowym.
Publikacje tę, jako lekturę niezbędną, szczerze polecam kręgowi profesjonalistów zajmujących się poważnie tematyką rosyjską oczywiście… o ile uda im się jakoś książkę tę zdobyć, gdyż jest to prawdziwe prohibitum – wydane w śladowej ilości nakładem autora. XXL
Kazimierz Kraj „Rosja w walce z terroryzmem”, wyd. nakładem autora, Kraków 2009
Boczek (05 2009)

Pesymistyczna historia CIA
Działająca od sześćdziesięciu lat amerykańska Centralna Agencja Wywiadowcza określana jest niekiedy jako najlepszy wywiad świata. Niezwykła skuteczność, udane tajne akcje, wpływy we wszystkich zakątkach świata, bogaty budżet, najnowocześniejsze wyposażenie budowały przez dekady taką właśnie legendę CIA. W równiej mierze do jej powstania przyczyniły się też filmy, komiksy i literatura popularna, w której agenci w czarnych garniturach zawsze wychodzili cało z każdej opresji i mogli zdziałać wszystko.
Trochę inny obraz Agencji wyłania się z wydanej właśnie nakładem poznańskiego Rebisu opasłej książki Tima Weinera pod znamiennym tytułem „Dziedzictwo popiołów”. Jego prawie sześćsetstronicowa praca to historia CIA od samych jej początków u schyłku II wojny światowej, przez kadencje kolejnych prezydentów, zmagania ze Związkiem Radzieckim podczas Zimnej Wojny, aż po największe wpadki Agencji, takie jak atak na World Trade Center i wojnę z Irakiem rozpętaną pod pretekstem posiadania jakoby przez ten kraj broni masowego rażenia.
Obszerna, erudycyjna i błyskotliwie napisana książka Weinera oparta jest na ponad 50 tysiącach dokumentów przeczytanych przez autora w archiwach CIA, Białego Domu i Departamentu Stanu i ponad dwóch tysiącach relacji funkcjonariuszy amerykańskiego wywiadu, żołnierzy i dyplomatów. Weiner przeprowadził też ponad trzysta wywiadów z byłymi i aktualnymi pracownikami CIA, w tym dziesięcioma dyrektorami centrali wywiadu. „Podstawą tej książki są dokumenty – nie anonimowe źródła czy na ślepo wybrane cytaty i pogłoski. To pierwsza historia CIA oparta całkowicie na relacjach z pierwszej ręki i materiałach źródłowych” – pisze autor.
Książka Weinera odbiega od dotychczasowych opracowań dziejów Agencji z jeszcze jednego powodu. Wizja działań CIA w ciągu sześciu dekad jej istnienia jest w ujęciu amerykańskiego badacza wybitnie pesymistyczna. Weiner daleki jest od entuzjazmu dla dorobku Agencji i tworzących ją ludzi, a także korzystających z jej działań polityków. Dla niego historia CIA to „chwilowe sukcesy i nieprzemijające porażki za granicą”. Kolejne pokolenia pracowników robiły co tylko mogły, by wykonać swoje zadania i strzec bezpieczeństwa Ameryki (a także rozszerzać jej wpływy). Niestety, te kolejne pokolenia „nie potrafiły pojąć świata, który miały objaśniać prezydentom”. Wbrew powszechnemu przekonaniu werbowanie agentów przychodziło z trudem, liczne akcje kończyły się porażką, a analizy i raporty mocno odbiegały od rzeczywistości. Niebezpieczeństwom zewnętrznym towarzyszyły nie mniej groźne wewnętrzne – frakcyjne walki w otoczeniu prezydentów, zawiść rozmaitych polityków, zakusy na budżet i wpływy Agencji. Jak zauważa Weiner, by przetrwać w Waszyngtonie jako instytucja, CIA musiała mieć przede wszystkim wpływ na prezydenta. Ale szybko okazało się, że niebezpiecznie jest mówić mu, to czego nie chce on usłyszeć... Analitycy nauczyli się więc nie wychylać i dostosowywać do panujących poglądów. Efekty takiej polityki mogliśmy oglądać na własne oczy sześć lat temu, gdy USA szykowały się do wojny z Irakiem Saddama Husajna.
Obraz agencji wyłaniający się z pracy Weinera jest rzeczywiście deprymujący: „Najważniejszym zadaniem CIA podczas zimnej wojny było wykradanie radzieckich tajemnic przez zwerbowanych szpiegów, ale Agencja nigdy nie miała ani jednej wtyczki na samym Kremlu. Agentów mających dostęp do ważnych informacji – wszyscy oni zgłosili się na ochotnika, nie zostali zwerbowani – można policzyć na palcach. Wszyscy oni zginęli, schwytani i straceni przez Moskwę. Niemal wszystkich zdradzili pracownicy wydziału radzieckiego CIA, którzy szpiegowali dla drugiej strony za prezydentów Reagana i George’a H.W. Busha. Za Reagana CIA zapoczątkowała chybione operacje w Trzecim Świecie, sprzedawała broń irańskim Strażnikom Rewolucji, aby sfinansować wojnę w Ameryce Środkowej, łamiąc prawa i zaprzepaszczając resztki pokładanego w niej zaufania”... Ów bagaż porażek z ostatnich sześćdziesięciu lat – tytułowe „dziedzictwo popiołów”, używając słów prezydenta Eisenhowera – Agencja przekazuje dziś następnym pokoleniom.
Pesymistyczne podejście nie umniejsza walorów książki. Praca Weinera to kapitalna lektura, napisana z rozmachem na jaki zasługuje temat; barwna, pełna ciekawostek i celnych charakterystyk pojawiających się na jej kartach postaci. To lektura obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych historią najnowszą oraz historią działań i służb specjalnych.
Tim Weiner, „Dziedzictwo popiołów. Historia CIA”, przeł. Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, Piotr Chojnacki, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2009
(PS)